piątek, 9 marca 2012

Blue valentine

Tytuł wyjątkowo metaforyczny i alegoryczny, ale nie popsuję wam radości z rozwikłania tej zagadki.
Film porywa przede wszystkim bazowaniem na kontrastach i ich powolnym potęgowaniu, co zawsze jest, było i będzie podstawową techniką budującą emocjonalność. Wspomaga to dość silnie wykreowane napięcie seksualne i brutalny naturalizm, który szczególnie nas boli (bo przecież każdy chciałby mieć życie jak z serialu).
Coś z serii  "zwykła, smutna egzystencja pokazana w niezwykły sposób." Doskonale obrazuje to, z czego każdy z nas zdaje sobie sprawę, ale niekoniecznie dopuszcza do myśli; jak człowiek uważa, że jego to nie dotknie i że prawdziwa miłość będzie zawsze niewinna, niezłomna i czysta. Tyle, że jest on na tyle parszywym i niewdzięcznym tworem, że rozpamiętuje tylko porażki. W dodatku nie jego własne. O dziwo najlepiej ludzki umysł zakorzenia to co może zarzucić drugiej osobie. Stwierdzenie, że jest się już znudzonym nie wchodzi w rachubę. Paradoksalne jest to, że nawet w tak skrajnej sytuacji nie chcemy źle wypaść przyznając się do nudy. I wtedy mamy to coś, co zawsze można postawić jako argument. To coś co tak wrosło w nasz umysł, że stało się z czasem prawdziwym wytłumaczeniem podczas wypierania przyczyny, którą jest monotonia.


3 komentarze:

  1. Myślę, że nie każdy chce mieć życie jak z serialu. Bycie Macgyverem albo Strażnikiem teksasu mogłoby być w porządku, ale czy bycie Piotrkiem z M jak miłość jest kwintesencją szczęścia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdanie miało mieć raczej wyraz sarkastyczny, ale jeżeli już tak na to spojrzeć to rzeczywistość serialowa często jest kolorowa i wspaniała i myślę, że wielu ludzi chciałoby tak żyć. Ale słuszną uwagą jest, że "nie każdy", napisałam to zbyt ogólnikowo.

      Usuń
  2. Czytając tego posta stwierdziłam, że film może być ciekawy. Wszystko się zgadza. Film bardzo dobry. Kontrasty, naturalizm.. dokładnie to o czym napisałaś. Dzięki za wpis bo pewnie nigdy nie zobaczyłabym tego filmu :)

    OdpowiedzUsuń